Kawa – kluczowa sprawa!

Większość z nas nie wyobraża sobie życia bez cudownego, czarnego, napoju. Na morzu kawa smakuje nawet lepiej (tak, to możliwe), ma jakby pełniejszy i bogatszy aromat. Jednak żeby móc w pełni rozkoszować się walorami tej cudownej substancji podczas rejsu, warto się wcześniej dobrze przygotować.

Ponieważ na jachcie żyje się trochę inaczej, niż na lądzie, również przygotowywanie kawy rządzi się odmiennymi regułami. Przeczytaj ten krótki wpis, a Twoja filiżanka nigdy nie będzie pusta! 

Podstawowa zasada jeszcze przed wyjazdem brzmi: zanim zaczniesz się pakować, sprawdź co musisz zabrać. Dotyczy to także elementów kawowej “infrastruktury”. Sprawdź, co znajduje się na wyposażeniu wynajętego jachtu – powszechny standard nie obejmuje ani ekspresu, ani młynka do kawy, natomiast zdarzają się dzbanki, dzięki którym można będzie przygotować jednorazowo większą porcję – albo dla całej załogi, albo dla siebie, żeby dwa razy nie schodzić do kambuza 😊.  

Co warto zabrać, a czego nie 

Naczynia (dzbanek, kubki, filiżanki) musisz na pokładzie mieć. Jeśli ich nie ma (zdarza się to raczej rzadko) – zabierz ze sobą lub kup na miejscu. Ponieważ na jachcie może bujać, lepiej nie zabieraj nic szczególnie kruchego lub wartościowego – miśnieńska porcelana będzie Ci wdzięczna, jeśli zostawisz ją w kredensie.  

Kawę lepiej kupować na miejscu, zwłaszcza że w krajach śródziemnomorskich jest ona zazwyczaj lepszej jakości i dostępnych jest wiele marek oraz kombinacji smakowych, których próżno szukać na sklepowych półkach w Polsce. 

Kolejne must-have kawowe zależą od tego, jak chcesz przyrządzać swój ulubiony napój. Przede wszystkim, należy uwzględnić to, że na jachcie dwa towary są ściśle limitowane. Są to: 

Przestrzeń i prąd 

Duży kambuz to nie to samo, co duża kuchnia. Gdybyś miał ochotę zabrać ze sobą np. większy ciśnieniowy ekspres do kawy, to nie tylko najprawdopodobniej go nie użyjesz, ale dodatkowo zagracisz większą część blatu lub swojej kajuty. Szkoda zachodu. Lepszym pomysłem są małe ekspresy kapsułkowe – są tanie, poręczne, banalne w obsłudze i standardowo w pakiecie jest zwykle jakiś starter-pack kapsułek o różnych smakach i mocy. Minus (poza smakiem, bo nie każdy jest fanem) jest tylko jeden – taki ekspres wymaga prądu, który na jachcie bywa towarem deficytowym, szczególnie w trakcie dłuższego pobytu na morzu. Z tego samego powodu, nie polecam brania na rejs elektrycznego młynka – lepiej postawić na kawę już zmieloną, lub zabrać młynek ręczny. 

Wodę do przegotowania lepiej kupić już na miejscu, stawiając na jakąś niskozmineralizowaną – jest bliska ideałowi, jeśli chodzi o przygotowanie kawy. Jeśli nie masz zaufania do lokalnych marek, możesz zabrać dzbanek z filtrem – wbrew pozorom, taki zestaw potrafi zwykłą “kranówę” zmienić w wodę o idealnym wskaźniku TDS (Total Dissolved Solids) do przygotowania kawy. 

Jak przygotowywać kawę  na jachcie? 

W zasadzie nie ma większych przeszkód, by robić wszystko tak, jak zwykle. Ze względu na oszczędzanie prądu i większą liczbę osób na małej przestrzeni możesz natomiast użyć innej metody. Każda ma swoje plusy i minusy, każdej (no, prawie) warto spróbować. 

“Siekiera” alias “Parzącha” 

Nie ma się specjalnie o czym rozpisywać w tym wypadku. Walory smakowe są raczej kiepskie, a przepis banalnie prosty – wrząca woda prosto z czajnika, kawa mielona w naczyniu, zalać, ewentualnie posłodzić do smaku, zamieszać. Gdybym miał wskazać na jakieś zalety tej metody, wspomniałbym o tym, że ta procedura ratuje smak w nawet najgorszej kawie (tzn. wrzątek wypłukuje większość nut smakowych z każdego typu mieszanki, co jest dobre dla tych słabych i złe dla bardziej wyszukanych), no i jest szybka, z jednego czajnika wrzątku można wyczarować porcję kawy dla każdego członka załogi. Minusami są na pewno duże ilości fusów i toporny smak, orbitujący gdzieś w przestrzeni pomiędzy spaloną dętką a mokrą deską. 

Kawa po turecku 

Ten sposób różni się mocno od poprzedniego, mimo że wielu ludzi traktuje ich nazwy jak synonim. Różnica pojawia się już na etapie przygotowań – taką kawę najlepiej przygotowywać w specjalnych miedzianych tygielkach z długą rączką. Jeśli takiego nie ma pod naszą ręką (rączką?), można je zastąpić mniejszym garnkiem – ujmuje to samemu procesowi nieco romantyzmu i egzotyki, ale jest bardziej praktyczne. Do naczynia należy wsypać kawę i cukier, a także cynamon i kardamon (opcjonalnie imbir), a całość zalać zimną wodą i podgotowywać na wolnym ogniu. Proporcje raczej na wyczucie, ze wskazaniem na “czym chata bogata”; oryginalnie taki napój ma konsystencję nieco smołowatą, jak lawa z Wezuwiusza, także nie musicie się specjalnie ograniczać. Ostatecznie to przecież kawa z wodą, a nie woda z kawą.  

Wracając do naszej receptury: całość należy podgotowywać i kiedy temperatura będzie bliska 100°C, co poznacie po gwałtownym podnoszeniu się płynu w naczyniu, należy na moment zdjąć je z ognia, odczekać chwilkę, aż poziom płynu spadnie i wrócić z nim na ogień. Po trzecim powtórzeniu, kawa będzie już gotowa do spożycia. Plusami tego wariantu przygotowania są na pewno: oryginalny smak, słodki i orzeźwiający jednocześnie, spora moc oraz niesamowity aromat, który przyciąga żeglarzy z rodzimego i innych jachtów skuteczniej niż śpiew syren. Minusem jest to, że trochę trzeba się przy tej kawie “napracować”. O ile samo podgrzewanie naczynia nie jest szczególnie czasochłonne, to jednak trzeba co chwila na nie zerkać, inaczej łatwo o zalanie kuchenki naszą aromatyczną substancją. Pewnym ograniczeniem może być także objętość naczyń – jeśli mamy na pokładzie zatwardziałych kawoszy, to porcja z jednego tygielka czy nawet garnuszka może im nie wystarczyć. 

Kawa z kawiarki 

Jeżeli nie kojarzycie z własnego domu, to na pewno widzieliście na włoskich filmach to specjalne naczynie, będące połączeniem dzbanuszka i ekspresu. To jest bohaterka tego akapitu (zwana także moką lub makinetką). Zasada jej działania nie należy do skomplikowanych: pod wpływem temperatury i ciśnienia, woda z dolnego zbiornika przelatuje przez filtr z kawą i wlatuje do górnej części naczynia. Charakterystyczne bulgotanie informuje, że kawa jest już gotowa i można rozlać ją do filiżanek. Przygotowanie kawy w ten sposób jest banalnie proste – ot, nalać wody do dolnej części, na sitko w środkowej nasypać kawy, całość zakręcić i umieścić na wolnym ogniu. Tak przynajmniej robi się we Włoszech, gdzie powstał ten cudowny wynalazek. Niektórzy, żeby skrócić styczność kawy z wrzątkiem, przegotowują wcześniej wodę w czajniku i do zbiornika w kawiarce leją już gorącą, co daje bogatszy smak i uwalnia te nuty, które w tradycyjnym espresso z kawiarki są słabo wyczuwalne. Zalety tej metody to moc (dla mniej zaawansowanych może to być wada) i zdecydowany smak naparu oraz brak fusów. Minusów raczej nie ma, poza objętością kawiarki: większość modeli ma pojemność pozwalającą na przygotowanie 2-4 małych filiżanek espresso. Dla osób przyzwyczajonych do picia kawy litrami lub mocno “kawowej” załogi może to być kłopot. Większe moki, jak np. kultowy model Bialetti Venus, rozwiązują ten problem, ale są z kolei bardziej kłopotliwe w transporcie i czyszczeniu. Coś za coś. 

Kawa z dripa 

Ucieleśnienie zasady, że mniej znaczy więcej. Dzbanek, dripper (stożkowaty lejek), papierowe filtry. Sam wygląd tego zestawu może służyć za instrukcję: filtr włożyć do drippera, dripper włożyć do dzbanka, mieloną kawę wsypać do drippera. Kawę w dripperze polewać gorącą (nie wrzącą!) wodą na kilka razy, aż przechodząc przez filtr, wypełni cały dzbanuszek czarnym naparem doskonałej jakości. Proporcje kawy do wody to mniej więcej 1:15. Tylko tyle i aż tyle. Największa zaleta parzenia tym sposobem to doskonały smak, dzięki któremu kawę można smakować jak dobre wino, odkrywając różne ciekawe nuty – od słodkich, karmelowych po rześkie owocowe. Naprawdę, wyraźnie czuć różnicę pomiędzy gatunkami kawy i krajami pochodzenia. Atutem jest także prostota procesu i krótki czas przygotowania. Cenne jest także to, że sam zestaw z reguły wykonany jest z wytrzymałych materiałów, potrafi przez pewien czas utrzymywać temperaturę kawy i ma nienajgorszą objętość (ok. 500 ml). Jest to więc świetne rozwiązanie w sytuacji, gdzie trzeba napoić czarną ambrozją całą załogę, np. przy śniadaniu, albo napełnić termosy przed wyprawą. Minusów ta metoda w zasadzie nie ma, co nie znaczy że każdemu będzie pasowała – dla osób przyzwyczajonych do typowej kawy z ekspresu czy swojskiej “siekiery” może to być zbyt odległe od codziennych smaków i aromatów. 

Powyższy wykaz możliwości nie jest oczywiście kompletny. Nie opisałem np. techniki French Press, bo nie miałem z nią osobiście większej styczności, czy całej palety rozwiązań dotyczących przygotowywania kaw na zimno/mrożonych, ze względu na prądożerność lodówek w trakcie rejsu. Myślę natomiast, że i z tego co powyżej uda Ci się wybrać taką technikę, która idealnie trafi w gust i potrzeby całej załogi. Sposób przygotowania kawy to ostatecznie tylko połowa sukcesu – drugie pół to okoliczności i ludzie, z którymi dzielisz się tym napojem, a te w przypadku wspólnego rejsu żeglarskiego są zawsze najwyższej próby. 

Stopy wody pod kilem i zawsze pełnej filiżanki! 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

5 × cztery =